czwartek, 18 marca 2010

Brak tytułu, dzisiaj więcej w samym poście.

Ludzie cierpią na różne choroby. Niektóre mają podłoże genetyczne, inne są za chodzenie bez szalika, inne wreszcie powodują swędzenie jak wróci się z Tajlandii po uciechach artystycznych z mieszkankami wyspy. Pewność jest taka, że choroby muszą brać się skądś, mało kto wie że są dużo gorsze choroby niż te najgorsze.

Ludzkość, szczególnie ta wykształcona część, cierpi na paskudną przypadłość pt. Jestem poważny. Co za beznadzieja. Wtedy oni mają tzw. poważne problemy, potrzebne są skomplikowane wielopłaszczyznowe rozwiązania i inne takie pierdoły. I siedzą i dumają i rozmyślają. Chodzą do znanych psychoterapeutów, jedzą znane leki psychotropowe, mają problemy i są tak zadowoleni, gdy mówią "życie to nie bajka". I są dodatkowo żałośni.
Choroba ta zaczyna się objawiać w dzieciństwie, gdy słyszymy od babci albo poważnego wujka, że 6-latkowi "nie wypada" się tak zachowywać. "Nie wypada" jest zresztą podstawowym fundamentem choroby i rozwija się wraz z wiekiem i przyjmowaniem pewnych ról społecznych.
Uczeń nie może rozrabiać, ma siedzieć spokojnie w ławce i patrzeć na nauczyciela, nie rozmawiać z kolegami i nie wrzucać ziemi z kwiatów kumplom za kołnierz.
Nastolatek słuchający Britney Spears to porażka - zostanie obśmiany przez kumpli udających, że dobrze się bawią przy Nirvanie. Disco nie jest trendy, techno też to wstyd, najważniejsze by robić tak jak robi większość, wtedy jest bezpiecznie.
Student, aaach, na każdym kierunku jest inne nie wypada. Na prawie nie wypada chodzić w dresach na uczelnię, tylko w garniturach. Na psychologii straszny błąd popełniają dobrze się bawiąc.

Ja nie lubię chorować. Zdarzyło mi się, cierpiałem na związane z powagą przeintelektualizowanie, co zdarza się też tym co sądzą, że jak mają pewien tytuł to są lepsi od innych. Cięzki symptom to jest powagi.
I potem stałem się dorosły, pojawiła się genialna odpowiedzialność że wszystko zależy ode mnie i jakby co tylko ja mogę coś zrypać, ale równie dobrze ja mogę to naprawić. I część mojej rodziny tłumaczy mi, że skoro jestem prawie prawnikiem, to powinienem pracować jako prawnik, bo przecież to jest poważny, dobrze opłacany zawód. I ponieważ mało kto rozumie czym ja tak do końca się zajmuję, bo ciężko mnie dopasować do jakiejkolwiek typowej kategorii, może po prostu jestem w wielu z nich albo w żadnej. Nie wydawało mi się to nigdy aż tak ważne. Ale mimo to, nie będąc w schemacie, nie jestem poważny.

Mam serdecznego przyjaciela. Spędzając z nim czas mamy wyjątkową zdolność robienia sobie jaj z wszystkiego i wszystkich i ciągłego szukania odpowiedzi na pytanie - jaki jeszcze powód można znaleźć do brechtów. I mam takie filtry, które wrzucają nam śmiechy dzikie w najrózniejszych okolicznościach, najczęściej oczywiście "gdy nie wypada".
Bo społeczeństwo i kultura ma najwięcej "nie wypada". Na przykład w Polsce nie wypada się cieszyć bez powodu i śmiać za dużo, szczególnie w zimie. Nie wypadało kiedyś nie pić, potem nie wypadało nie brać dragów. Wypada być sceptykiem i realistą, a nie wypada optymistą. Wypada być wykształconym na renomowanej uczelni, a nie wypada mieć doktoratu z wyników. Gdybym miał tak żyć, to co dzień bym wymiotował.

Nie słyszałem i nie doświadczyłem, by ktoś kto śmieje się ze swoich problemów uważał, że są one poważne. Nie widziałem, by ludzie stresowali się skacząc jak zające w takt muzyki cyrkowej. Nie widziałem, by chorowali, gdy bez przerwy się śmiali, byli życzliwi i wyluzowani. Wygląda mi na to, że jak się jest nie-poważnym, można się dobrze bawić w życiu. Ciekawe. W tym wszystkim cieszy mnie rzecz jedna - i cieszy mnie najbardziej.

Ta choroba jest uleczalna.

Ten post został oznaczony jako wybitny nadając mu rangę "Approved by Pedobear"







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz