czwartek, 25 marca 2010

Jebany psychoanalityk ze mnie, nie?

Nie rodzimy się ani Kolumbijczykami, ani Niemcami, ani Polakami, ani Amerykanami – w zależoności od tego, gdzie był poród, taką etykietkę nam dają. Nie jesteśmy również Katolikami, Jezuitami ani Muzułmanami – to wybierają dla nas rodzice, którzy mają określony system przekonań. Nie rodzimy się ze wstydem dotyczącym naszego ciała, tym, ile pieniędzy to dużo i czy dobrze jest je mieć, nie wierzymy, że jest tam Bóg, zewnętrzny w stosunku do nas, który nas kocha albo nienawidzi i ciągle osądza. Nie rodzimy się także z koniecznością walidacji przed naszymi rodzicami, że jesteśmy wystarczająco dobrzy. Jakim więc cudem te wszystkie historie stają się potem fundamentem tego, jacy rzekomo jesteśmy?
Dzieci są jak rezonujące szkło: odbijają energię emocjonalną, jaka ich otacza. Nie wiedzą, które z tych uczuć są ich własnymi, a jakie należą do obcych. Są świetnymi obserwatorami rodziców i tego, jak się komunikują ze sobą i z otoczeniem. Ich język, zachowanie, reakcje – mimo braku świadomej wiedzy, doskonale czują, czy zachowanie dorosłych jest spójne, czy nie. Ich brak konsekwencji, hipokryzje, niespójności stresują dzieciaki, które odłączają się potem od swojego egzystencjonalnego JA i zaczynają tworzyć inne, wyidealizowane, które je chroni i zapewnia strategie przetrwania. Uczymy się, kiedy rodzice nas akceptują, a kiedy nie i co należy zrobić, by dostać ich uwagę i miłość. To następuje nieświadomie. Choć na samym początku wszystkie dzieci żyją zarówno spontanicznością i naturalnością, po jakimś czasie zaczynają reagować na świat przez pryzmat rodzicielskich strachów („jak się nie będziesz uczył, nic z Ciebie nie będzie”), nadziei („chcę, byś miał lepiej w życiu, niż ja, idź na medycynę”), kontroli („należy się opiekować starszymi”), czy zranień („nie wolno tak mówić do kobiet”). A ponieważ w tym wieku nie ma jeszcze mechanizmów świadomości i niezależnego bezpieczeństwa, dlatego uczymy się być tacy, czego się od nas wymaga; wtedy żyjemy w komforcie i bezpieczeństwie, zmniejszając dyskomfort emocjonalnych kar czy odrzucenia. To strategia przetrwania, która ma swoje konsekwencje. Przestajemy być swoją naturalnością i prawdziwością, tworząc sztuczne osobowości, które zapewniają opartą o strach koneksję z tymi, na których nam zależy. Wtedy jest akceptacja, bezpieczeństwo, uwaga.
Dzieco to mistrz adaptacji. Stają się doskonałą maszyną dostarczającą rodzicom to, czego oni od nich wymagają, nawet w imię swoich własnych potrzeb – to jedna z działających strategii. Inna to późniejsze wycofanie się z dorosłego życia, jeśli najlepiej działało chowanie się pod łóżko, gdy rodzice się kłócili. Jeśli się ciągle buntowali, potem mogą mieć kłopot z oddaniem prowadzenia innym albo produkować konflikty, by czuć, że żyją. Te osobowości stają się potem formą funkcjonowania, a ludzie, już dorośli, nieświadomie reagują na nie, tak jakby były prawdziwe. Odłączają one ich od bycia dzieckiem, tworząc akceptowane przez rodziców, nauczycieli, kolegów, kulturę twory. Te twory mogą przetrwać, ale uzależniają się od tych osobowości. Czas odzyskać swoje prawdziwe JA.
Dziecko, rodząc się, przychodzi na świat z dwoma podstawowymi potrzebami. Związki z bliskimi realizują się przede wszystkim poprzez mamę. Jeśli ta wychowuje je w spokoju, w akceptacji, miłości, dziecko czuje, że jest ok, takie jakie jest i w późniejszych latach wnosi to do swoich relacji z innymi. Jeśli dla odmiany jest odrzucane, matka nie ma dla niego czasu i ignoruje jego potrzeby, dziecko nie czuje się bezpiecznie i tworzy koncept, że coś jest z nim nie tak. Czy rodzice byli dumni z tego, jacy byliśmy? Czy może z tego, co pasowało do ich obrazu nas.. Mój syn musi być najlepszy w szkole.. Moja córka powinna się zachowywać lepiej przy stole.. Czy nagradzają naszą asertywność, czy traktują ją jako brak posłuszeństwa?
Dzieci nie bronią się racjonalizacją czy dojrzałością zrozumienia przed osobowościami rodziców. Biorą rzeczy do siebie i nie wiedzą, że frustracja, niechęć, złość, etc. to tylko uczucia, które są małe w porównaniu do całego konceptu JA. Dopasowujemy się więc do potrzeb, jakie istnieją w domu; jeśli traktują nas jako zbyt słabych, nieutalentowanych w porównaniu do ich standardów, to wtedy dają nam wyzwania; jeśli jesteśmy zbyt pewni siebie, uzdolnieni, szczęśliwi, przycinają skrzydła, że życie jest trudne i itd. Stąd też koncept idealnego JA, które potem broni się jak może, gdy w relacjach, szczególnie tych intymnych, wychodzą nasze prawdziwe uczucia. Ten koncept tworzy potem idealne relacje, które nie istnieją; w ich zamian są za to prawdziwe, które dają możliwość pełnej wolności i akceptacji zarówno jednej, jak i drugiej strony i traktują konflikty jako sposób na nauczenie się czegoś na swój własny temat i rezygnację z podświadomych filtrów i lęków. Dlatego życie albo jest podzielne na takie, jakie chce się mieć i trzeba do tego dążyć i to kontrolować, albo prawdziwe z wszystkim, co się w nim pojawia. Wtedy, cokolwiek się wydarzy, towarzyszy temu Twoje uczucie akceptacji i nienaruszalnej pewności, że wszystko będzie dobrze.

Bo będzie.

czwartek, 18 marca 2010

Brak tytułu, dzisiaj więcej w samym poście.

Ludzie cierpią na różne choroby. Niektóre mają podłoże genetyczne, inne są za chodzenie bez szalika, inne wreszcie powodują swędzenie jak wróci się z Tajlandii po uciechach artystycznych z mieszkankami wyspy. Pewność jest taka, że choroby muszą brać się skądś, mało kto wie że są dużo gorsze choroby niż te najgorsze.

Ludzkość, szczególnie ta wykształcona część, cierpi na paskudną przypadłość pt. Jestem poważny. Co za beznadzieja. Wtedy oni mają tzw. poważne problemy, potrzebne są skomplikowane wielopłaszczyznowe rozwiązania i inne takie pierdoły. I siedzą i dumają i rozmyślają. Chodzą do znanych psychoterapeutów, jedzą znane leki psychotropowe, mają problemy i są tak zadowoleni, gdy mówią "życie to nie bajka". I są dodatkowo żałośni.
Choroba ta zaczyna się objawiać w dzieciństwie, gdy słyszymy od babci albo poważnego wujka, że 6-latkowi "nie wypada" się tak zachowywać. "Nie wypada" jest zresztą podstawowym fundamentem choroby i rozwija się wraz z wiekiem i przyjmowaniem pewnych ról społecznych.
Uczeń nie może rozrabiać, ma siedzieć spokojnie w ławce i patrzeć na nauczyciela, nie rozmawiać z kolegami i nie wrzucać ziemi z kwiatów kumplom za kołnierz.
Nastolatek słuchający Britney Spears to porażka - zostanie obśmiany przez kumpli udających, że dobrze się bawią przy Nirvanie. Disco nie jest trendy, techno też to wstyd, najważniejsze by robić tak jak robi większość, wtedy jest bezpiecznie.
Student, aaach, na każdym kierunku jest inne nie wypada. Na prawie nie wypada chodzić w dresach na uczelnię, tylko w garniturach. Na psychologii straszny błąd popełniają dobrze się bawiąc.

Ja nie lubię chorować. Zdarzyło mi się, cierpiałem na związane z powagą przeintelektualizowanie, co zdarza się też tym co sądzą, że jak mają pewien tytuł to są lepsi od innych. Cięzki symptom to jest powagi.
I potem stałem się dorosły, pojawiła się genialna odpowiedzialność że wszystko zależy ode mnie i jakby co tylko ja mogę coś zrypać, ale równie dobrze ja mogę to naprawić. I część mojej rodziny tłumaczy mi, że skoro jestem prawie prawnikiem, to powinienem pracować jako prawnik, bo przecież to jest poważny, dobrze opłacany zawód. I ponieważ mało kto rozumie czym ja tak do końca się zajmuję, bo ciężko mnie dopasować do jakiejkolwiek typowej kategorii, może po prostu jestem w wielu z nich albo w żadnej. Nie wydawało mi się to nigdy aż tak ważne. Ale mimo to, nie będąc w schemacie, nie jestem poważny.

Mam serdecznego przyjaciela. Spędzając z nim czas mamy wyjątkową zdolność robienia sobie jaj z wszystkiego i wszystkich i ciągłego szukania odpowiedzi na pytanie - jaki jeszcze powód można znaleźć do brechtów. I mam takie filtry, które wrzucają nam śmiechy dzikie w najrózniejszych okolicznościach, najczęściej oczywiście "gdy nie wypada".
Bo społeczeństwo i kultura ma najwięcej "nie wypada". Na przykład w Polsce nie wypada się cieszyć bez powodu i śmiać za dużo, szczególnie w zimie. Nie wypadało kiedyś nie pić, potem nie wypadało nie brać dragów. Wypada być sceptykiem i realistą, a nie wypada optymistą. Wypada być wykształconym na renomowanej uczelni, a nie wypada mieć doktoratu z wyników. Gdybym miał tak żyć, to co dzień bym wymiotował.

Nie słyszałem i nie doświadczyłem, by ktoś kto śmieje się ze swoich problemów uważał, że są one poważne. Nie widziałem, by ludzie stresowali się skacząc jak zające w takt muzyki cyrkowej. Nie widziałem, by chorowali, gdy bez przerwy się śmiali, byli życzliwi i wyluzowani. Wygląda mi na to, że jak się jest nie-poważnym, można się dobrze bawić w życiu. Ciekawe. W tym wszystkim cieszy mnie rzecz jedna - i cieszy mnie najbardziej.

Ta choroba jest uleczalna.

Ten post został oznaczony jako wybitny nadając mu rangę "Approved by Pedobear"